Na Świecie - rok 1959
living doll To już czterdzieści lat temu miał niewątpliwie miejsce i czas ostatni rok fascynującej, pełnej polotu, rozpędu, wynalazków i zmian, a także rozczarowań dekady lat pięćdziesiątych. Rozpoczął go mało wtedy znaczący fakt, a mianowicie młody, ambitny, obiecujący czarnoskóry producent muzyczny i kompozytor Berry Gordy Jnr, za pożyczone 800 dolarów założył wytwórnię płytową Tamla w stolicy przemysłu samochodowego, ale na absolutnej pustyni muzyczno - rozrywkowej, mieście Detroit w stanie Michigan. Lat kilka później człowiek ten zmienił całkowicie obraz i brzmienie światowej muzyki rozrywkowej. Dnia piątego stycznia 1959 roku wytwórnia Coral opublikowała płytkę z nową piosenką Buddy'ego Holly, kompozycję Paula Anki zatytułowaną "It Doesn't Matter Anymore" ("To już więcej nie ma znaczenia"). Pierwszy raz Buddy śpiewał przy akompaniamencie sekcji smyczkowej. Drugą stronę singla stanowiła również wolniutka ballada "Raining In My Heart" nagrana również ze smyczkami, solo już bez zespołu The Crickets. Jego życie prywatne też zwolniło tempa i ustabilizowało się, Buddy chodził na lekcje aktorstwa w słynnej nowojorskiej szkole Lee Strasberga, zaś niedawno poślubiona Maria Elena spodziewała się dziecka. Buddy potrzebował zarówno pieniędzy, jak i promocji i reklamy, o co w zimie wcale nie było łatwo, ale okazja nadarzyła się wkrótce, w postaci trasy koncertowej "Winter Dance Party", do której przyłączył się jako solista, mając jednak nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znów będzie śpiewał z zespołem The Crickets. Inny młody człowiek pochodzenia meksykańsko - amerykańskiego, niespełna osiemnastoletni Ritchie Valenzuela był fanem rock'n'rolla od jego narodzin. W maju 1958 roku mając pewne doświadczenie muzyczne, którego nabrał grając początkowo chicano - ludową muzykę meksykańską, później rock'n'roll w stylu Little Richarda odbył próbne przesłuchanie w hollywoodzkiej wytwórni Del - Fi dla jej właściciela - Boba Keene, który zdecydował się dać szansę młodemu, troszkę pucołowatemu brunetowi, obdarzonemu interesującym, wysokim barytonem i zdolnościami nie tylko wokalnymi, ale i kompozytorskimi. Rozpoczynając karierę młody człowiek zmienił nazwisko na Valens, aby amerykańscy disc - jockey'e a za nimi nastolatki byli w stanie je wymówić. Doszło do pierwszej sesji nagraniowej, w trakcie której Ritchie nagrał piosenkę "Come On, Let's Go", do której piosenkarz miał opracowaną stronę muzyczną, ale słowa improwizował na gorąco - w trakcie nagrania. Piosenka w czasie trzynastotygodniowego pobytu na liście przebojów doszła do 42 pozycji. W lecie wyjeżdża w swą pierwszą trasę koncertową, w trakcie której zaprzyjaźnia się z Eddiem Cochranem, a także występuje w popularnej audycji telewizyjnej "American Badstand" Dicka Clarka. W październiku 58 roku nagrywa balladę "Donna" śpiewając o swojej niespełnionej miłości ze szkoły Donnie Ludwig. Na drugą stronę płyty wybiera brawurowo przez siebie zaaranżowaną meksykańską ludową piosenkę weselną "La Bamba". Ta aranżacja polegała na dodaniu morderczej w tempie sekcji rytmicznej i cudownej solówki elektrycznej gitary prowadzącej. Prawdopodobnie dzięki temu piosenka stała się największym obcojęzycznym przebojem w Stanach, tuż po "Volare" Włocha Domenico Modugno. Piątego grudnia w swej dawnej średniej szkole w Los Angeles - Pacoima Junior High Ritchie daje świetny koncert, nagrywany przez Boba Keene swej wytwórni Del Fi. W tym czasie zagrał również małą rólkę w filmie Allana Freeda "Go Johny Go" śpiewając z playback'u swą kompozycję "Ooh My Head". Po drugim występie w "American Bandstand" występował przez dziesięć dni w świątecznym nowojorskim przedstawieniu Allana Freeda w Loew's State Theather z Eddiem Cochranem, Bo Diddley'em i braćmi Everly. Wtedy też obydwie, wcześniej nagrane piosenki pojawiają się i pną z powodzeniem na górne rejony list przebojów. W styczniu 1959 roku Valens dołącza do trasy koncertowej "The Winter Dance Party" wiodącej przez zamrożone tereny górnego środkowego zachodu Stanów. Urodzony 24 października 1930 roku w Sabine Pass w Teksasie J.P.Richardson disc-jockey z miasta Beaumont też w Teksasie był tak zdeterminowany by osiągnąć pozycję najlepszego regionalnego disc-jockeya, że siedział przed mikrofonem lokalnej radiostacji przez 122 godziny bez przerwy! - pobijając wcześniejsze rekordy. Napisał piosenkę "Running Bear", która stała się w roku 1960 przebojem numer jeden, dla śpiewającego ją Johny'ego Prestona. Sam nagrywał dość zwariowane piosenki "novelty", z których najsłynniejszą, słuchana do dziś była "Chantilly Lace" z nieśmiertelnym początkiem: dzwonkiem telefonu i charakterystycznym parlandem "Hallllllo, Baby - This Is "Big Bopper" Speaking". Będąc monstrualnie grubym wybrał sobie właśnie taki pseudonim - The Big Bopper. Piosenka "Chantilly Lace" doszła w 58 do szóstego miejsca listy przebojów, zaś kolejna zatytułowana "Big Bopper's Wedding" też odniosła znaczący sukces. Dzięki tym osiągnięciom Big Bopper też znalazł się w gronie gwiazd "Winter Dance Party". Obok wymienionych już Buddy'ego Holly, Ritchie Valensa oraz Big Boppera występowali w tej trasie koncertowej również Dion And The Belmonts, Frankie Sardo i akompaniujący wszystkim muzycy: Tommy Allsup (gitara solowa), Waylon Jennings (gitara basowa) i Carl Bunch (perkusja). Warunki trasy okazały się koszmarne: długie godziny przejazdów zdezelowanymi, zimnymi autobusami, źle ogrzane, wyziębione sale koncertowe, niebezpieczne, oblodzone i zaśnieżone szosy i ciągłe zmiany miast i miasteczek, w których odbywały się koncerty, co praktycznie uniemożliwiało im porządne umycie się, czy wypranie prywatnych czy scenicznych ubrań. Doszło do tego, że perkusista Charlie Bunch odmroził sobie stopę i musiał pozostać w szpitalu, a dalsza część trasy odbywała się już bez niego. Pierwszego lutego artyści zagrali dwa koncerty - popołudniowy w Appleton, w stanie Wisconsin, i wieczorny w Green Bay, po koncercie wszyscy wsiedli do nieszczęsnego autobusu, aby przejechać zimowymi szosami 560 kilometrów (tak, tak te amerykańskie przestrzenie!) do miejscowości Clear Lake w stanie Iowa. W połowie drogi autobus zepsuł się kolejny raz, na miejscu byli o godzinie 18, a koncert miał się rozpocząć o 20. Buddy Holly, który był główną gwiazdą trasy obiecał równie zmęczonym jak on muzykom, że po koncercie wynajmie im samolot, którym polecą do Moorhead w Minnesocie, gdzie będą mogli odpocząć przed kolejnym koncertem, umyć się i wreszcie uprać mocno brudne ubrania. Waylonowi Jenningsowi i Tommy'emu Allsupowi bardzo się ta propozycja Buddy'ego spodobała, i bez wahania przystali na nią. Na prośbę Buddy'ego właściciel sali, w której występowali zadzwonił do miejscowej , czarterowej linii lotniczej zwanej Dwyer's Flying Service od nazwiska właściciela. Tego nie było, ale młody pilot - Roger Peterson, który pracował dla Jerry'ego Dwyera zgodził się zabrać pasażerów z lotniska w Mason City do Farro w północnej Dakocie, które to miasto znajdowało się po drugiej stronie rzeki od Moorhead. Wśród pozostałych wykonawców szybko rozniosło się co wymyślił Buddy, a on i muzycy nie byli jedynymi wykończonymi ciągłymi niewygodami trasy. J.P. "Jape" "Big Bopper" Richardson zagadnął Waylona Jenningsa, czy ten nie oddałby by mu swego miejsca w samolocie, gdyż dla mężczyzny jego tuszy i wzrostu jazda takim autobusem jest szczególnie niewygodna i uciążliwa. Waylon uprzejmie się zgodził i odstąpił olbrzymowi swe miejsce. O to samo Ritchie Valens poprosił Tommy'ego Allsupa, ale ten odmówił. Po długich namowach w końcu Tommy zgodził się na rzut monetą. Zwycięzca miał wsiąść do samolotu, przegrany pojechać autobusem. Tommy przegrał losowanie... O godzinie 24.40 trójka wokalistów po koncercie dotarła w trwającej właśnie śnieżycy na lotnisko. Młody, niedoświadczony pilot ogromnie się przejął faktem, że będzie miał takie gwiazdy za pasażerów, co w żaden sposób nie polepszyło i tak marnej sytuacji. Buddy zaś uparł się, że będzie siedział obok pilota w czteroosobowym samolociku Beecheraft Bonanza; kochał samoloty i potajemnie, w tajemnicy przed Marią Eleną uczył się latać, brał lekcje pilotażu. Kilka minut po starcie, w panującej paskudnej pogodzie około 13 kilometrów od lotniska samolot rozbił się na siatce ogradzającej pole kukurydzy. Wszyscy będący na pokładzie zginęli na miejscu. Dwanaście lat później, w swej znakomitej piosence "American Pie" Don McLean nazwał ten tragiczny dzień 3 lutego 1959 roku dniem, w którym umarła muzyka. Ale jak to w przemyśle rozrywkowym bywa, w myśl zasady "show must go on" przedstawienie musi trwać, w pośpiechu znaleziono zastępców tragicznie zmarłych rock'n'rollowców, którzy, jak się później okazało stali się też ich następcami. Byli nimi Robert Velline, znany później jako Bobby Vee, Frankie Avalon i Jimmy Clanton. Ten wybór odzwierciedlał ogólniejszą tendencję w amerykańskim świecie muzyki rozrywkowej, aby ostrzejszych, bardziej kontrowersyjnych "buntowników" rock'n'rollowych zastępować przystojnymi twarzami z ortodoksyjnie wypomadowanymi fryzurami i perfekcyjnie białymi zębami, którymi uśmiechali się do nastoletniej publiczności, (ale nie tylko) z okładek fan-magazynów i telewizyjnych ekranów w programach muzycznych. Nad umiejętnościami muzycznymi można było popracować później, tak przynajmniej myśleli wielcy menagerowie przemysłu muzycznego. Najbardziej charakterystyczna była kariera niejakiego Johny'ego Restivo, z którego kampanii reklamowo-promocyjnej wynikało, że został on wybrany przez jeden z magazynów "zdrowia i urody" za - uwaga! "najbardziej proporcjonalnie zbudowanego nastolatka Ameryki" (w majteczkach kąpielowych!), jakby był to wystarczający powód do podpisania kontraktu płytowego; a kontrakt podpisał z nie byle jaką wytwórnią - mianowicie - gigantem R.C.A. Victor. Piosenką, która miała być jego przepustką do nieśmiertelnej sławy była kompozycja też nie byle kogo - Otisa Blackwella. Nosiła ona stosowny tytuł "The Shape I'm In" - "Kondycja w jakiej jestem". Przystojniak nagrał też płytę długogrającą, z której również nic nie wynikło. Inni uczestnicy "Winter Dance Party" Dion & The Belmonts, Włosi z Bronxu w swym pierwszym przeboju, piosence "I Wonder Why" nie ukrywali wpływu czarnoskórych grup wokalnych śpiewających doo-wop czyli "a capella harmony". Nagranie jako żywo przypominało utwory rythm and bluesowe , takim nie będąc. Ale już następny ich przebój "Teenager In Love" bardziej skłaniał się w kierunku popowych produkcji Bobby Rydella czy Fabiana, które swą "czarnością" nie mogły już nikogo zaszokować. Taki styl stawał się obowiązującym trendem w muzyce młodzieżowej. Troje młodych piosenkarzy z Los Angeles, rodzinnych stron słynnego kompozytora i producenta muzycznego Jerry'ego Leibera nagrało piosenkę "To Know Him Is To Love Him" ("Znać go to znaczy kochać go") spokojną balladę, która brzmiała, jakby nagrania dokonano w szafie pełnej zimowych ubrań. Wiodący głos Anette Kleinbard był dziewczęcy i bezbronny - doskonale nastoletni, wspomagające głosy męskie Marshalla Lieba i Phillipa Spectora subtelnie przytłumione dodawały przedziwnego magnetyzmu nagraniu, które okazało się wielkim przebojem (nr 1 na liście przebojów Billboardu przez trzy tygodnie w grudniu 58 roku). Tytuł wziął kompozytor i producent piosenki Phil Spector z grobu swego ojca, który popełnił samobójstwo, gdy jego syn miał dziewięć lat. Napis na kamieniu nagrobnym głosił: "To Know Him Was To Love Him" ("znać Go znaczyło kochać Go"). Po sukcesie The Teddy Bears, czyli "Misiów", bo tak się trio nazywało, grupa The Skyliners, trzech chłopaków i dziewczyna nagrała stary przebój "Since I Don't Have You", w którym męski głos śpiewający falsetem pozwalał uzyskać wypośrodkowane brzmienie pomiędzy czarnoskórymi grupami wokalnymi a śpiewem sióstr McGuire. Kolejno jako następni pojawili się The Fleetwoods, dwie dziewczyny i facet (początkowo właśnie tak się nazywali - Two Girls And A Guy) z dobrze pamiętanym "Come Softly To Me" zadumaną, intymną, łagodną piosenką z niezapomnianym przyśpiewem "Bee-Doo-Bee-Doo, Dum-Dum, Dumby-Doo-Dum, Be-Doo-Be-Doo, Dum-Dum... itd. Później wielkim sukcesem okazali się The Brows, znów dwie dziewczyny, siostry Maxine i Bonnie oraz Jim Ed Brown - ich brat. Trio nagrało dzięki wydatnej pomocy Cheta Atkinsa i Anita Kerr z wytwórni R.C.A. Victor trzyminutową interpretację starej francuskiej piosenki z repertuaru Edith Piaf "Les Trois Cloches" po angielsku "The Tree Bells", która w końcu sierpnia 59 roku aż cztery tygodnie królowała na czele listy Billboardu, detronizując z wiodącej pozycji jedyny przebój jaki miał w 59 roku nadal odbywający służbę wojskową Elvis piosenkę "A Big Hunk O'Love" (drugą stronę płytki stanowiła piosenka "A Fool Such As I"). A sam Elvis kierował jeepami i ciężarówkami oraz prowadził dość nudne i zrutynizowane życie żołnierza, co dla bożyszcza tłumów i idola nastolatek i nastolatków nie było takie łatwe. Jakaś "przyjazna dusza" szepnęła mu, że aby łatwiej mógł znosić kolejne, nie różniące się niczym od siebie dni dobrze jest łyknąć sobie sulfat dextroamfetaminy sprzedawany pod handlową nazwą "Dexedrine". Od tej pory zawsze miał kilka pastylek tego przy sobie. Inny weteran - Chuck Berry nagrał kolejną płytkę z piosenkami "Back to The USA", w której bardzo się radował z faktu, że jest obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki; oraz nieśmiertelny "Memphis", uważany za jedną z jego najlepszych piosenek z charakterystycznym, prościutkim, ale jakże rockowym rytmem tak właściwym dla tego artysty. Nowego wiatru w swe muzyczne żagle nabrał też Ray Charles, weteran Rythm and bluesowej sceny. Ten urodzony 23 września 1930 roku, niewidomy od drugiego roku życia, po przebytej jaskrze muzyk - absolwent wydziału muzycznego stanowej szkoły dla głuchych i niewidomych na Florydzie był obecny na muzycznym rynku r&b Ameryki od 1951 roku. W 54 roku odnosił sukcesy nagrywając dla wytwórni Atlantic piosenki takie jak: "U've Got A Women", "Halleluyah, I Love Her So" czy "Drown In My Own Tears". W 1958 roku wystąpił na słynnym festiwalu jazzowym w Newport, z którego to występu Atlantic opublikował zapis na płycie długogrającej. W lutym 1959 r. wyszedł jego nowy long play zatytułowany "Soul Brothers" nagrany ze znakomitym wibrafonistą jazzowym, założycielem słynnego Modern Jazz Quartet Miltem Jacksonem, który zmarł 12 października 1999 roku. Album ten zachwycił krytyków i koneserów jazzu. Zaś wydana na singlu własna kompozycja Ray'a gospelowo-rockowa "What'Did I Say" odniosła ogromny sukces dochodząc do szóstej pozycji na liście przebojów Billboardu i stając się pierwszą "złotą płytą" Ray'a. Porywający dźwięk nowego, elektrycznego pianina Wurlitzera i prosta metoda "zawołania i odzewu" pojękiwania i odśpiewywania piosenkarzowi przez dziewczyny z towarzyszącego mu zespołu The Raelettes, sposób śpiewania znany z wielu murzyńskich kościołów. Był to utwór zdecydowanie taneczny, a swą żywiołową, spontaniczną interpretacją Ray Charles wyśpiewał ogromną wrażliwość otwierając nowe horyzonty przed muzyką r&b. Niestety, piosenki wyżej opisane były raczej wyjątkami niż regułą. Magazyny branżowe publikowały listy przebojów, które dobrze się sprzedawały. Równie dobrze mógł być to pop, rock and roll, rythm and blues, country and western czy polka, muzyka latynoska czy novelty. Dzięki temu na listy przebojów dostawały się utwory takie, jak: "Happy Organ" Dave'a "Baby" Corteza, czy "Sleepwalk" duetu gitar hawajskich Santo & Johny, czy historyczne piosenki Johny Hortona: "The Battle of New Orleans" i "Sink The Bismack", banalny "Why" Frankie Avalona, a z drugiej strony "Kansas City" Wilberta Harrisona, "Stager Lee" Lloyda Price, oraz niespodzianki takie jak "What A Difference A Day Makes" królowej jazzu Dinah Washington albo przedziwna wersja ludowej piosenki "Lavender Blue" zaśpiewaną przez Sammy'ego Turnera. Jeżeli dodamy do tego ogromny skandal "payola" polegający na tym, że pieniądze czy inne korzyści materialne disc-jockeye lansowali piosenki opłacone przez producentów i wytwórnie płytowe, skandal, który wstrząsnął przemysłem rozrywkowym i radiowym praktycznie całej Ameryki to otrzymamy niezbyt wesoły i obiecujący obraz amerykańskiej sceny muzycznej 1959 roku. Trochę, jeśli nie o wiele lepiej sytuacja przedstawiała się po naszej stronie Atlantyku - w Wielkiej Brytanii. Nie tylko pierwszy Mini Morris zjechał z taśmy montażowej, nie tylko otwarto tam pierwszą autostradę M 1, nie tylko styl muzyczny skiffle stał się ogólnonarodowym szaleństwem, ale również pojawił się wielce utalentowany młodzieniec nazwiskiem Harry Roger Webb, który pod pseudonimem Cliff Richard do dnia dzisiejszego odnosi sukcesy na scenie muzycznej w Wielkiej Brytanii - i nie tylko! W 1959 roku jego dwie piosenki: "Living Doll" i "Trawellin Light przez jedenaście tygodni znajdowały się na czele brytyjskich list przebojów, pierwszy long play "Cliff Sings" też odnosi kolosalny sukces, zaś czytelnicy popularnych tygodników muzycznych "Record and Show Mirror" i "New Musical Express" wybierają wokalistę "Golden Boy of 1959", złotym chłopakiem roku 1959. Mając do czynienia z takim talentem możemy ze spokojem patrzeć na nadchodzącą dekadę fantastycznych lat sześćdziesiątych!!! Za najlepszy film 1959 roku został uznany przez Amerykańską Akademię Filmową monumentalny, epicki dramat historyczny Williama Wylera "Ben Hur", który również otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię. Najlepszym aktorem roku został grający główną rolę w tym filmie Charlton Heston, a Oskara za główną role kobiecą dostała francuska aktorka Simone Signoret za występ w filmie "A Room At The Top" - "Miejsce na górze". Oskara za najlepszą piosenkę filmową dostała kompozycja Van Heusena i Cahna "High Hopes" z filmu "A Hole in The Head" - "Dziura w głowie". Płytą roku w Stanach Zjednoczonych została piosenka Bertolda Brechta i Kurta Weila pochodząca z 1928 roku "Mack The Knife" w znakomitej interpretacji Bobby'ego Darina (9 tygodni na miejscu 1) 2. The Battle Of New Orleans", którą śpiewał Johny Horton (6 tygodni nr 1) 3. "Venus" Frankie Avalon (5 tygodni nr 1) 4. "Strager" Lee Lloyd Price (4 tygodnie nr 1) 5. "The Tree Bells" The Browns (4 tygodnie nr 1); zaś w Wielkiej Brytanii: 1. "Living Doll" Cliff Richard (6 tygodni nr 1), 2. "A Fool Such As I / I Need Your Love Tonight" Elvis Presley (5 tygodni nr 1), 3. "Travellin Light" Cliff Richard & The Shadows (5 tygodni nr 1), 4. "Dream Lover" (4 tygodnie nr 1), 5. "Only Sixteen" Craig Douglas (4 tygodnie nr 1). Do przeczytania i usłyszenia w nowej, fascynującej dekadzie lat sześćdziesiątych i otwierającym ją wielce obiecującym 1960 roku! Tadeusz Rusinek
|