Fonosfera
   << FONOSFERA - strona główna  

W Polsce - rok 1961 

 

Mamy wreszcie pierwszą płytę rock and rollową - po okresie "bohaterskim" muzyka ta weszła w naszym kraju w okres normalnej produkcji rynkowej, choć długo się u nas nie utrzyma. Klasycznego rock and rolla zastąpią niebawem piosenki infantylne, śpiewane m.in. przez te same dziewczyny, które w rock and rollowej formacji Czerwono Czarni debiutowały.

Bo to właśnie Czerwono Czarni w kwietniu 1961 roku wydali te naszą pierwszą płytę rock and rollową. Szkoda, że zawierała ona piosenki wyłącznie zagraniczne, a nie produkcję rodzimą - na polski repertuar jeszcze trochę poczekamy. Na tej pierwszej płycie znalazły się następujące utwory: "Elevator rock", "When the saints go rock and roll!, "Sweet little sixteen" i "Apron strings". Śpiewali je Marek Tarnowski i Janusz Godlewski, a grał zespół w składzie: Przemysław Gwoździowski - saksofon, Wiesław Bernolak - gitara, Zbigniew "Sis" Orłowski - kontrabas, Jan Knap - perkusja i Tadeusz Śpiewak - fortepian. Czerwono Czarni byli także prekursorami jeszcze jednego ważnego wydarzenia - otóż to właśnie oni wystąpili na pierwszym Non Stopie, czyli w pawilonie tanecznym usytuowanym koło sopockiego mola. Miejsce to przez kilka lat stanowiło ówczesną rewię mody, gdzie trzeba się było pojawić, pokazać nowe jeansy, nowe kozaczki, nowe suknie-bombki i nowe fryzury. A przy okazji także potańczyć w rytm szalonych rock and rolli i na parkiecie przećwiczyć rock and rollowe figury. Czerwono Czarni zainaugurowali Non Stop Letni, potem także Zimowy, który odbywał się w salach sopockiego Grand Hotelu. Potem występowały tam praktycznie niemal wszystkie zespoły big beatowe lat 60-tych.

Tych zespołów wcale tak wiele w roku 1961 nie było, a jeśli nawet gdzieś tam grały, to pamięć przetrwała jeszcze tylko o dwóch. W Częstochowie powstał zespół Luxemburg Combo, grający muzykę bardzo zróżnicowaną, wcale nie wyłącznie rock and roll. Ten ostatni to domena Janusza Godlewskiego, który od Czerwono Czarnych w roku 1962 przystąpił do Luxemburg Combo. Natomiast w stylu country śpiewał Tony Keczer (czyli Antoni Kaczor), który też na pewien czas rozstał się - był w Czerwono Czarnych, by nagrać na płyty z LC takie piosenki jak "My riffle, my pony and me" (z filmu "Rio Bravo") oraz "Blue moon of Kentucky" z repertuaru Presleya. Dodał do tego dwie polskie piosenki, o których mówiło się, że są pierwszymi krajowymi kompozycjami w stylu country -- "Colt" i "Rudy Frank". Z piosenek Luxemburg Combo przetrwały w pamięci jeszcze dwie - słynne "Pola zielone" (folkowy standard), po polsku śpiewane przez obdarzonego niemal operowym głosem Józefa Ledeckiego oraz - również w jego interpretacji - jeden z pierwszych polskich rock and rolli "Szedł Atanazy do Anny".

W roku 1961 powstali Niebiesko Czarni. Franciszek Walicki, twórca Czerwono Czarnych, których dopiero co utracił na rzecz Szczecińskiej Estrady, bardzo wówczas ruchliwej w naszym show biznesie, postanowił w tym biznesie pozostać, i stworzył właśnie Niebiesko Czarnych. Pierwszym kierownikiem muzycznym zespołu został Jerzy Kossela, który dobrał sobie m.in. Marka Szczepkowskiego i Bernarda Dornowskiego (śpiew), Henryka Zomerskiego (gitara basowa), Danielas Danielowskiego i Jerzego Kowalskiego (fortepiany). Debiutancki koncert zespołu odbył się w marcu 1962 roku w klubie Żak w Gdańsku. W początkach istnienia zespołu w jego repertuarze dominowały naturalnie amerykańskie standardy, niekoniecznie rock and rollowe, takie jak m.in. "Red River rock", "Sentimental journey" czy "Blueberry Hill", dopiero po dwuch, trzech latach zespół zaczął nagrywać piosenki polskie.

W latach następnych wielką popularność zdobyła Helena Majdaniec, ale należy przypomnieć, że debiutowała ona właśnie w roku 1961. Miała wtedy już 20 lat i jak wszystkie marzące wówczas o śpiewaniu polskie dziewczyny, wykonywała piosenki Brendy Lee, Connie Francis i Helen Shapiro. Śpiewała w klubie studenckim Pinokio w Szczecinie, w chórze uczelnianym Szczecińskiej Politechniki. Ujęła sprawę mocno w swoje ręce, zachęcona hasłem rzuconym przez Czerwono Czarnych: "Szukamy młodych talentów" i zgłosiła się na eliminacje. Tam spodobała się, rozpoczęła współpracę z tym zespołem najpierw w charakterze jedynie gościnnym, a po I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, na którym śpiewała w języku polskim piosenkę Neila Sedaki "One way ticket" ("Bilet w jedna stronę"), rozpoczęła z tym zespołem stała współpracę, znajdując tam sobie miejsce i tworząc własny repertuar.

Co stało się z twórcami pierwszej polskiej grupy rock and rollowej, Rhythm And Blues, której działalność przerwano w kilka miesięcy po rozpoczęciu? Janusz Godlewski, Marek Tarnowski i Michaj Burano trafili do Czerwono Czarnych. Instrumentalisci rozjechali się po kraju - sławę i popularność zdobył jedynie Leszek Bogdanowicz, który niebawem został jednym z naszych najbardziej utalentowanych aranżerów. Natomiast Bogusław Wyrobek związał się z zespołem jazzowym Zygmunta Wicharego i w programie koncertów tej orkiestry miał swój rock and rollowy kącik. Nagrał z Wicharym "czwórkę" ze standardami: "Diana", "Jailhouse rock", "Love me" i "Two hound dogs", i - właściwie - to była pierwsza polska płyta rock and rollowa. Niestety, Wyrobek nie utrzymał się dłużej w czołówce naszych wykonawców - może dlatego, że nie dbał o repertuar polski, śpiewając jedynie piosenki zagraniczne.

Tyle, jeśli chodzi o muzykę rock and rollową roku 1961. Jak widać zaczyna już ona pokazywać pazurki, ale dominuje nadal piosenka klasyczna, śpiewana przez Panie na wysokich obcasach i Panów w garniturach. Oto co w roku 1961 wydały Polskie Nagrania: Rena Rolska "Piosenka prawdę ci powie" z pianistą Tadeuszem Suchockim i "Jeszcze poczekajmy" z orkiestrą Stefana Rachonia. Irena Santor "Jesienna rozłąka" i "Jesienne róże" z zespołem Bogusława Klimczuka, oraz słynne "Embarras" z orkiestrą Edwarda Czernego. Hanna Rek "Jak ty nic nie rozumiesz" z Czernym, Jerzy Michotek "Żabka i miś" z Klimczukiem oraz "Ziemia do kwiatów" z Rachoniem, Natasza Zylska "Tygrysiątko" z Klimczukiem, Katarzyna Bovery "Ave Maria" z Wicharym. Powstało wtedy także szereg niezapomnianych kompozycji Jerzego Wasowskiego - "Szczęścia nie szukaj daleko" Violetty Villas oraz kilka pięknych piosenek, które śpiewała Kalina Jędrusik - "Kalinowe serce", "Nie odchodź", "Zmierzch" i "Dla ciebie jestem sobą". Mieczysław Fogg nagrał "Tango Milonga", "Całuję twoją dłoń", "Ramonę" i "Nasza jest noc" z orkiestrą Ryszarda Damrosza, natomiast Jadwiga Prolińska nagrała wielki przebój Władysława Pawelce "Mexicana". Nie był to rok, w którym oblegali nas goście zagraniczni. Ale na wizytę jednego, bardzo szczególnego, warto zwrócić uwagę. Był nim Marino Marini, którego zespół w połowie lat 60-tych podbił niemal całą Europę - a my przecież wtedy już zaliczaliśmy się do Europy, zwłaszcza kulturalnej. W sumie Marino Marini dał w Polsce 5 długich tras koncertowych, a oglądało go i słuchało ponad 200.000 Polaków. Ten sympatyczny, utalentowany wokalnie i twórczo neapolitańczyk, swój pierwszy zespół założył w roku 1955. Skład zmieniał wielokrotnie, ale w jego repertuarze zawsze tkwiły te same nieśmiertelne piosenki - m.in. "Buona sera, signorina", "Marina", "Criminal tango", "Guarda che luna", i wspaniały... kicz "Nie płacz, kiedy odjadę".

W roku 1961 odbył się w Operze Leśnej w Sopocie pierwszy Międzynarodowy Festiwal Piosenki, którego pomysłodawcą był Władysław Szpilman, wówczas Dyrektor Muzyczny Polskiego Radia. Ileż to zachwytów z jednej, a głosów krytycznych z drugiej strony zebrał ten festiwal. Z jednej strony pisano, że jest oknem na świat naszej piosenki, z drugiej, że jest prowincjonalną imprezką, na której występują odpryski wielkich estrad. Z tymi odpryskami to spora przesada, bo na Festiwalu w Sopocie śpiewały największe gwiazdy, ale z oknem też, bo - niestety - żadna polska piosenka, dzięki sopockim gościom, światowym przebojem się nie stała.

Ten pierwszy Festiwal odbywał się w dniach 25-27 sierpnia i był podzielony tematycznie na: Dzień Polski, Dzień Międzynarodowy i koncert pod nazwą "Piosenka nie zna granic". Przyjechali reprezentanci z 16-tu państw europejskich i jedna wokalistka z Meksyku. Nasz kraj reprezentowało 10 osób, m.in. Ludmiła Jakubczak, Jerzy Połomski, Sława Przybylska, Hanna Rek, Irena Santor i Violetta Villas. Zapowiadali m.in. Irena Dziedzic i Lucjan Kydryński, a grały orkiestry radiowe Stefana Rachonia i Edwarda Czernego. Nagrody za interpretację zdobyły: Santor, Jakubczak i Przybylska. Nagrodzono piosenki: "Embarras", "Woziwoda", "Walczyk na cztery ręce", a z zagranicznych wykonawców pozostała w pamięci chyba tylko Niemka Brithe Wilke i Szwedka Nora Brocksted.

To był już drugi wielki międzynarodowy festiwal muzyki poza-klasycznej organizowany w naszym kraju - drugi po Jazz Jamboree. W roku 1961 na tym wielkim jazzowym święcie grali m.in. New Orleans Stompers, Swingtet Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Trio Komedy, Flamingo, The Wreckers, Swingtet Jerzego Dudusia Matuszkiewicza, Jazz Rockers, a z gości zagranicznych: Ronnie Ross /Wlk. Brytania, sax baryton/, Jimmy Gourley /USA,gt/, Jancso Korossy /Węgry, pno/ i Bernt Rosengren /Szwecja, sax tenor/.

Skoro przy jazzie jesteśmy, to przypomnę, że w latach 60-tych muzyka ta traktowana była jako sztuka przez duże S, w przeciwieństwie do jazzu, dziś traktowanego jako coś normalnego, jako muzyka użytkowa. Oto jak dość zabawnie, ze znakomitym zmysłem orientacyjnym, pisze o jazzie tamtych lat poeta i prozaik Roman Śliwonik. A pisze na podstawie swej obecności na Jazzie na Kalatówkach:

"Podczas słuchania jazzu odnalazłem tę powagę w oczach, jaką widziałem u tańczących dziewcząt i chłopców z warszawskiej piwnicy, i atmosferę mszy jazzowej poznałem... Modern Jazz to muzyka do słuchania, do wykazania swoich możliwości dla grającego. Najpewniej jest tak w rzeczywistości, bo widziałem, że Modern grały same sławy. Ale widziałem również, że sławy pospolitować się nie lubią i co pomniejszych spośród siebie widzą niechętnie, a mówiąc żargonem warszawskim - gonią ich. Toteż, jak tylko gwiazdorzy instrumenty zostawią i wychodzą ze świetlicy na Kalatówkach, z kątów wychodzą ci pozostali, poczynają nieśmiało dmuchać, pukać i szarpać. Ale wystarczy, żeby do świetlicy weszła jedna z uznanych sław, gra się przerywa, lub grę przerywa jakaś niewybredna złośliwość gwiazdora. Szczególnej koleżeńskości żem nie zauważył. Szczególnie ciekawych rozmów nie miałem przyjemności usłyszeć. Ale i dowcipu uczestników jazz-campingu szampańskim nazwać bym się nie obawiał". (Na podstawie "Polskie ścieżki do jazzu", wybór Krystian Brodacki/

Na koniec, jak zawsze, kilka faktów poza muzycznych:

zmarli: aktor Gary Cooper /żył 60 lat/, pisarz Ernest Hamingway /62/, reżyser filmowy Andrzej Munk /40/;
odbyła się premiera filmu "Matka Joanna od Aniołów" w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Na festiwalu w Cannes film ten zdobył nagrodę specjalną;
sport: lekkoatletą wszechczasów został wybrany Janusz Kosociński, Polska w meczu z ZSRR w piłkę nożną wygrała 1;0, Jan Walasek został mistrzem Europy w boksie, a Jerzy Parulski mistrzem świata we florecie;
Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek wyleciał w Kosmos. Po powrocie odbył triumfalne tournee po naszym kraju;
urodził się 30-to milionowy obywatel PRL-u;
został zbudowany Mur Berliński;
zwłoki Stalina usunięto z Mauzoleum Lenina;
podczas V-tego Festiwalu Warszawska Jesień wykonano m.in. "Gry Weneckie" Witolda Lutosławskiego i "Ofiarom Hiroszimy - tren" Krzysztofa Pendereckiego.

Marek Gaszyński

uwaga